Wspomnienie pewnej przyjaźni……

17 września 2016 odeszła do „krainy wiecznych łowów „-jak mawiali Indianie -moja koleżanka artystka ,rzeźbiarka .Dana Saga Tomaszewska..

Ta śmierć przyszła nagle ,choć gdzieś jak przez mgłę zapowiedziała się parę lat wcześniej.Jednak nikt tego pukania nie usłyszał ,a nasza Danka oczywiście drzwi nie otworzyła.Co zresztą nie dziwi nawet najbliższych , gdyż Danka była „siłaczką”.Wychowała dzieci ,wybudowała dom i bez reszty oddała się muzie ..Sztuka była jej Alter ego.Dziś można by doszukiwać się podświadomych przejawów prekognicji w jej działaniu ,gdyż odkąd dzieci ułożyły sobie życie bez reszty oddała się rzeźbie.Zaczęła pierwsze studia z córką ,drugie po 50 -ce.Od początku wiedziała czego chce , miała jasno wyznaczony cel i bardzo metodycznie do niego szła…

Zdążyła w krótkim czasie , bo od skończenia studiów do dnia śmierci stworzyć tak wiele rzeźb na wysokim artystycznym poziomie.Nie było roku bez pleneru i wystaw.Z pewnością była inspiracją , przykładem determinacji i sukcesu w osiąganiu wyznaczonego celu

Pod tym linkiem można obejrzeć jej prace

https://www.facebook.com/SAGA-Dana-Tomaszewska-103562099745785/

Ja chciałam jednak wspominać ją tu, na swoim prywatnym blogu przez pryzmat czysto ludzki.

Poznałyśmy się w niecodziennych okolicznościach.. Obie wtedy byłyśmy inwalidami.. W gruncie rzeczy to inwalidztwo nie zniknęło ,ale Danka na pewno nigdy się nim nie „chwaliła”.

Ponad oktawę lat temu uczestniczyłyśmy w zajęciach plastycznych w pracowni  ,którą kierował Andrzej Grzelachowski „Aga” znany poznański społecznik.Artysta – plastyk dzierżący patronat nad osobami malującymi ustami.

Tak wtedy wyglądała Danka i taką ciągle mam  przed oczyma.

o-dance

Spotkania w pracowni były miłe .Pełne dowcipnych rozmów , zabawnych dykteryjek.Opisałam je w książce pt „Szczęście ,Nieszczęście …? W której to Danka występuje pod imieniem Anka.

WYSTAWA ANKI  

     Wraz z Olą, moją koleżanką wybieramy się na wernisaż. Mój mąż będzie o tej porze w pracy, a ja sama nie dam rady. Wernisaż odbywa się w stylowej kawiarence w piwnicy. Są obrazy, rzeźby Anusi i prace na szkle. Anka pracuje zawodowo, chociaż sztuka pochłania ją zupełnie. Tworzenie tak ją wciąga, że oddaje się temu cała. Od dzieciństwa przebywa w świecie ciszy i jak twierdzi, ten fakt bardzo ułatwia jej wyłączenie z chaosu życia.

     Jest też dużo ludzi, prasa i wino. My z Olą siadamy z Iną i jej mężem w kąciku. Po oglądnięciu prac próbujemy win, które smaczniejsze: najpierw białe­ wytrawne, później czerwone wytrawne – chyba, zresztą. Później, to już nie wiem jak to się dzieje, ale ciągle przede mną jest pełen kieliszek, albo biały, albo czerwony. Dobrze, że mąż Iny nie pije i postanawia upadłe kobiety porozwozić po domach.

     W domu “umieram”, jestem sama i zaczynam się bać, że chyba przeholowałam.

     — Nie, ja nie jestem kobietą światową.

     — To nie na mój urwany wcześniej żołądek.

     Mąż po powrocie robi mi burę. Wyzywa, na czym świat stoi:

     — Jesteś niepoważna, a gdyby Ci coś się stało…

     — Gdybyś musiała trafić do szpitala…

     — Ale nic się nie stało – odpowiadam.

     — I obiecuję, że już nigdy nie będę – czuję ból głowy. To chyba nazywa się kac gigant.

     Martwię się, że nie dotrę w następnym dniu do pracowni. Nie, już nigdy nie będę.

     Rano mąż podwozi mnie, a po drodze kupuje tabletki na kaca.

     W aptece kolejka jak po mięso, poszłabym poza kolejnością, przecież mam prawo, ale po tabletki na kaca to już przesada. Pokornie siedzę z boku i czekam, aż “dojdę” do okienka. Farmaceuta zapytany o tabletki w wiadomym celu zniża głos i się pyta:

     — A w trakcie, przed czy po?

     — Nie rozumiem? – Przecież ja nie kupuję środków antykoncepcyjnych, tylko… no wiadomo, jakie.

     — No, bo widzi Pani, ja tu mam takie dla Pań…

     — Na kaca! – Wyrywam się głośno.

     Po chwili pół apteki na mnie patrzy.

     — Na kaca – mówię cicho.

     — Tak, tak. Te dla Pań pomagają w detoksykacji.

     — Aa… to znaczy pójdzie górą…

     — No może niekoniecznie, no w ogóle przyspieszają wydzielanie się toksyn – mówi farmaceuta.

     — Jezu, to górą i dołem?

     — Nie, nie. Nie aż tak źle, po prostu wydzielanie toksyn jest sprawniejsze.

Kolejka za mną zaczyna mi się przyglądać, wiec robię mądrą minę i mówię.

     — Rozumiem, będę się pocić.

     Biorę tabletki dla woman, bo taki mają napis i idę do pracowni.

 

     Dzisiaj panuje poznański porządek. Pijemy herbatki, każdy złakniony po wczorajszym wernisażu. Nikt nie rozmawia, każdy pilnie słucha poleceń Agi. Aga męczy z nami perspektywę dwupunktową i powolutku udawadnia wszystkim, że niemożliwe jest możliwe.

     Pod koniec robi przerwę, musi coś załatwić i zostajemy same.

     Teraz to myszy harcują. Wspominamy wernisaż, i gości.

     Na wernisażu Ani były jej koleżanki z pracy. Anka opowiada, że urodziła się w Poznaniu i uciekła stąd do przysłowiowego lasu. Pracuje w nadleśnictwie. W pracy u niej jest wyjątkowo sympatyczna atmosfera. Wszyscy lubią robić wesołe żarty i ostatnio oberwało się jej szefowej i koledze z pokoju.

     Najpierw szefowa napisała na kartce ZROBIĆ… Chciała jeszcze coś dopisać, ale oderwał ją od tej myśli telefon. Później wyszła, a kartka została na stole. Dowcipny kolega podszedł i napisał KUPĘ. Drugi kolega przykleił ją na monitorze od komputera naczelnego inspektora. Inspektor przyszedł i zobaczył kartkę z napisem ZROBIĆ KUPĘ. Od razu poznał pismo szefowej Anki i zdziwiony pyta ją, o co tu chodzi. Po raz drugi był w podobnej sytuacji, kiedy to na biurku ujrzał pismo innego pracownika z tegoż pokoju. Pismo dotyczyło szkód, które poczyniły konie na leśnych traktach. Kolega z pokoju Anki zaczął pisać to pismo do stadniny i w połowie wyszedł. W tym czasie wpisano mu w treść, iż konie mają grzywy plecione w warkoczyki i ogony wiązane w kucyki, tudzież wiszą im przy uździe dzwoneczki i inne cudeńka. Autor po powrocie spojrzał na zakończenie, które nie uległo zmianie i zaniósł pismo na biurko naczelnego inspektora. Po chwili przychodzi inspektor i pyta.

     — Panie Jarku, skąd pan tak dobrze zna te konie.

     Anka lubi swoją pracę, a Aga wczoraj na wernisażu powiedział, że skoro ona ją lubi, to do pracy nie chodzi.

     Jakie to szczęście robić to, co się lubi…

Na następne lata złączyła nas artystyczna grupa Złota Linia… Wyjeżdżałyśmy na wspólne wystawy , spotykałyśmy się w Poznaniu do czasu przeprowadzki jej taty. Miała niesłychaną moc wzmacniania innych nie poprzez rozmowę ,czy rady.. Sama była przykładem ,że można wziąć życie za rogi… Może dlatego jej wczesna śmierć jest tak trudna do zaakceptowania.

Przeglądając pamiątki naszej znajomości trafiłam na nasze rozmowy ..Pozwolę sobie ich fragment  tutaj zacytować  ,bo ukazują postać Danki , takiej zwykłej dobrej ” ze sąsiedztwa”  jaką była.

Dana 

Tinko, film , który poleciłaś o sułtance zaczęłam oglądać :). Złodziej czasu jak cholera… ale fajny

Tina 

Tak złodziej czasu ,ale każdy odcinek trzyma w napięciu haha

Dana

No i mimo wszystko odpręża od teraźniejszości

Tina

dokładnie i jakie w nim piękne ornamenty

Dana

Tak

Tina

macie już jakieś hotele na oku w związku z wystawą? Bo fajnie byłoby być razem

Dana 

W Ostrawie nie łatwo z hotelami, niektórzy ludzie ze Złotej jakiś czas temu sobie zarezerwowali Hotel Maria, ale wygląda, ze tam już nie ma miejsce, jeśli chodzi o te linki które podałam, trzeba sprawdzić, ile miejsc jest wolnych, dla tego polecam robić już robi rezerwacje! Blisko wystawy znajdują się: hotel Best i potem tez Studentska rezidence Slezská, wygląda, ze tam tańsze….. Spotkanie po otwarciu wystawy odbędzie się w samotnej galerii, gdzie będziemy wszyscy razem….I następnego dnia można się spotkać przy Ratuszu i ja pokaże wam miasto….. centrum nie wielkie, można wszędzie iść na piechotę….. właśnie galeria znajduje się 10 – 15 minut od rynku głównego: Masarykovo náměstí, na drugiej stronie rzeki….

Pomocna ,pogodna i skromna… I już jej nie ma .To boli najbardziej.